Dla początkujących w Linuksie i tych trochę zaaansowanych. Przemyślenia, wskazówki i porady... a czasem po prostu coś przyjemnego.
piątek, 20 listopada 2009
Grub kontra recovery - odzyskiwanie GRUBA, gdy nadzieje już stracone...

Tuż po tym, gdy kupiłem nowy komputer, zainstalowałem na nim linuksa. Naturalna kolej rzeczy wskazywała, że w koncu trzeba będzie zalogować się pod Vistę - GRUB miał jednak dwie pozycje oznaczone identycznie, jako Vista. Wybrałem jedną z nich, pojawiło się nieznane mi okno logowania... bach, zalogowałem się na partycję odzyskiwania systemu. Monitor zaprosił mnie do przeprowadzenia procedury odzyskiwania, ja grzecznie podziękowałem, wyłączając okno (krzyżykiem, nie było innej opcji), załadowałem komputer jeszcze raz. Pojawia się "GRUB loading..." i restart. Nieskończona pętla. Prawdopodobnie system odzyskiwania częściowo wyczyścił sektor MBR, usunął tablicę z systemami, nie usunął samego GRUBa. Trzeba to jakoś naprawić, odzyskać GRUB. Tylko jak?

Kliknij tu, jeśli chcesz przejść bezpośrednio do rozwiązania problemu.

Załóżmy, żeby było zabawniej, że odzyskanie GRUBa (ogólnie: dostępności komputera) możemy zrobić tylko w pełni legalnymi metodami.

Zaczynamy od Windowsa. Mamy dwie możliwości: użytkownik ma płytę z systemem, albo jej nie ma.

W przypadku, gdy użytkownik nie ma płyty (np. ja - mam system kupiony z komputerem), jesteśmy w lesie. Pozostaje tylko wizyta serwisowa i naprawy w ramach gwarancji, do tego: ciekawe, czy serwis zrobi to w ramach gwarancji, czy każe za to dodatkowo płacić (w końcu to jest problem, który spowodowała ingerencja użytkownika w sektor MBR!). Podsumowanie: kilka dni i być może kilka złotych straty.

Gdy użytkownik ma płytę, jest już trochę łatwiej: XP miał takie cudo jak "Konsola odzyskiwania", pewnie Vista też ma coś takiego. Jedynym minusem tej sytuacji jest wyprawa do kafejki internetowej (skądś trzeba wziąć wiedzę o tym, co w tej konsoli wpisać). Podsumowanie: godzina - dwie straty.

Zobaczmy jak sytuacja wygląda zatem z drugiej strony barykady: Linuks. Sytuacja jest tu prosta: używamy LIVE CD! Ta wspaniała funkcjonalność pozwala odpalić nam system operacyjny z płyty, mamy ponadto dostęp do wszystkich dysków i oczywiście internetu. Jeśli nie mamy takiej płytki, możemy pożyczyć od kolegi (z Windows nie możemy tak zrobić - umawialiśmy się na legalność). Podsumowanie: 5 minut ładowania systemu + 15 minut pracy przy sprawnym przeszukiwaniu Google.

Live CD to kolejny powód, dla którego warto używać Linuksa. Jeśli mam zrobioną kopię systemu na dysku zewnętrznym, w przypadku problemów mogę za pomocą Live CD skopiować pliki do systemu i powrócić do stabilnego działania.

Dobrze, czas teraz na opis przywracania GRUBa. Pożyczyłem go z forum Ubuntu, przy czym opisów tego jest sporo na rozmaitych forach. Na pewno działa pod Ubuntu, ale zdaje mi się, że winien działać pod każdym systemem.

W konsoli wpisujemy:
sudo mkdir /mnt/root
sudo mount -t extK /dev/hdaX /mnt/root

(hdX to partycja, na której zainstalowany jest Linuks, jeśli pierwszego instalowałeś Windowsa, pewnie będzie to hd2, jeśli instalowałeś linuksa na osobnym dysku, nie partycji, to pewnie będzie to hdb1, extK - wpisujemy system plików jakiego używamy: ext2, ext3 czy ext4)
Atakujemy dalej:
sudo mount -t proc none /mnt/root/proc
sudo mount -o bind /dev /mnt/root/dev
sudo chroot /mnt/root /bin/bash
sudo grub

Czekamy, aż grub przywita nas znakiem zachęty ">" i wpisujemy:
find /boot/grub/stage1
Otrzymamy informację o miejscu, w którym jest/powinien być zainstalowany. Będzie ona w formacie (hd0,1). Przepisujemy znalezioną wartość do obu poniższych komend.
root (hd0,1)
setup (hd0)

Na koniec żegnamy się z grubem:
quit

I koniec, można sprawdzić, czy działa!

czwartek, 19 listopada 2009
Blipnę? Zaćwierkam? - A nie, dziękuję.

O BLIPie ostatnio słyszę nieco mniej; więcej o Twitterze. Serwisy te pojawiają się przy okazji rozmaitych artykułów, na które mam okazję trafić. Przy przeglądaniu kościakowego bloga trafiłem na artykuł wprowadzający do "blipowania" (swoją drogą "ćwierkanie" ciekawiej dla mnie brzmi).

Mimo że nie spędziłem zbyt wiele czasu na wymienionych serwisach, mikroblogowanie dotknęło mnie i zdążyło już zrazić: na odwiedzanych przeze mnie sporadycznie serwisach grono.net i facebook.com jest możliwość umieszenia krótkiej informacji, dzięki której jestem w stanie wzbogacić się o fascynujące informacje o tym, gdzie moi znajomi spędzili weekend, kto co jadł na śniadanie i kto ma dziś zły humor.

Konsola - wstęp, czyli dlaczego warto

Kategorię, w której zamierzam tworzyć artykuły przeznaczone dla osób zaczynających swoją przygodę z Linuksem, rozpocznę od przybliżenia podstaw Tego, Co Odstrasza Początkujących - trybu tekstowego, który potocznie nazywać będę konsolą.

Na forach zdarzają się wpisy osób, które albo nie chcą/nie umieją używac konsoli, albo bardzo słabo sobie z tym radzą. Cóż, należy to powiedzieć wprost: można używać Linuksa nigdy nie dotykając konsoli, ale (biorąc pod uwagę fakt, że opanowanie absolutnych podstaw jest nietrudne) jest to odbieranie sobie możliwości sprawnego zarządzania systemem i identyfikacji potencjalnych błędów.

Czym zatem jest konsola? Mówiąc najprościej (i, umówmy się, zwyklemu użytkownikowi taka definicja wystarczy), jest to tekstowy tryb pracy w systemie operacyjnym. Przekazujemy polecenia wpisując komendy z klawiatury i w określony sposób (ekran, głośniki, drukarka...) odbieramy wynik. Więcej wiedzieć nie potrzeba - ale oczywiście można, pewnie docelowo popełnię jakiś tekst dla bardziej zainteresowanych tematem.

Dlaczego warto jej używać?

1. To potężne narzędzie
Dla człowieka nawykłego do wyskakujących z każdej strony mrugających obrazów, ikonek i całej funkcjonalności związanych z tradycyjnymi środowiskami graficznymi, konsola może wyglądać jak relikt; w rzeczywistości jednak konsola jest bardziej potężnym narzędziem niż środowisko graficzne: z konsoli jesteśmy w stanie zrobić wszystko, ze środowiska graficznego - tylko to, do czego graficzny interfejs (okienko albo inne cudo) przygotował nam programista. Dotyczy to zarówno administracji systemem, jak i poszukiwania źródeł napotkanych błędów.

2. Jest szybsza niż myszka
Brzmi dziwnie, ale to prawda. Dla osób, które potrafią pisać szybko na klawiaturze, jest to oczywiste - wiele rzeczy można o wiele szybciej wypisać niż wyklikać. Dobrze umiejscowiony skrót klawiszowy odpowiadający za uruchomienie konsoli może tylko sprawę przyspieszyć. Niemniej jednak, osoby piszące nieco wolniej, również będą w stanie efektywnie (i wielokrotnie szybciej niż klikając) używać klawiatury.
Dodatkowo (dzięki, ramarren!), w przypadku, gdy szukając określonych danych musimy posiłkować się pomocą innych (np. przez forum), konsola zyskuje dodatkowy, ogromny plus: łatwiej jest napisać komuś konkretne polecenie, niż rozpisywać się o tym, jak doklikać się do jakiegoś parametru i jak go potem zmienić. Działa to też w drugą stronę: wklejenie gotowego polecenia i klepnięcie "enter" jest dużo szybsze niż "doklikiwanie" się do czegoś przy jednoczesnym zczytywaniu kolejnych kroków z forum.

3. Jest przyjemną alternatywą
Powiem szczerze, że mnie praca w konsoli bardzo uspokaja - i zapewne nie tylko mnie; wiadome jest, że spokojne, jednostajne tło, z którego nie wyskakują powiadomienia i inne błyszczące obrazki, bardziej sprzyja spokojnej, przyjemnej pracy. Wielokrotnie warto zrezygnować z wygody i potrzebny plik czy stronę internetową (sic!) przeglądnąć właśnie w trybie tekstowym. Bez graficznego edytora czy tradycyjnej przeglądarki.

W następnej części pojawią się podstawy poruszania się w trybie tekstowym, tymczasem, podsumowując niniejszy artykuł, powtórzę: w Linuksie można pracować bez konsoli, jednak znajomość (choćby podstaw!) zwróci się szybciej, niż można przypuścić.

środa, 18 listopada 2009
Pożegnanie z Ubuntu - ostateczna gotowość

Pomysł podany kilka notek wcześniej nie zadziałał, wręcz przeciwnie - było jeszcze gorzej.

Na szczęście specjalista (dzięki, meth29) z forum Mandrivy pomógł mi odnaleźć właściwe rozwiązanie:
1. Przy ekranie wyboru sposobu ładowania wciskamy F4.
2. Wybieramy "Default"
3. Przechodzimy strzałką w górę na "Boot Mandriva Linux 2010"
4. W polu "Boot options" wpisujemy: xdriver=free

Problem podobno leży po stronie firmowego sterownika kart ATI; gdy przełączymy się na darmowy sterownik, wszystko działa.

Teraz czas na instalację. Ściągam właśnie wersję polską, z Gnome (wcześniej miałem angielską z KDE).

Pingwin przy windzie - startujemy!

Niniejszym otwieram nową kategorię: Pingwin obok windy. Będzie ona poświęcona porównaniom Linuksa i Windows prowadzonym z punktu widzenia moich oczekiwań względem systemu operacyjnego.

Zaczniemy od tego, co pierwsze rzuca się w oczy i jest zupełnie niezależne od samego działania systemu: logo. Rzadko kto poświęca temu kilka słów, ja uważam, że warto.

Pierwszy pod lupę idzie system Microsoftu. Po wpisaniu w wyszukiwarkę "windows logo", otrzymujemy... ciągle to samo. Możemy wyszukać logo standardowe lub nowoczesne. W sumie nic szczególnego prócz dwóch wyżej wymienionych nie znajdziemy.

Zerknijmy zatem w stronę pingwina Linuksa. Na dzień dobry, przy "linux logo" wita nas wersja tradycyjna (tu warto zaznaczyć, że w przeciwieństwie do Windows, sympatyczny pingwin ma swoje imię - Tux). Wpiszmy zatem "tux" i... wita nas zoptymalizowana wersja Tuxa. Idąc dalej, znajdziemy: grupową fotkę z Gwiezdnych Wojen, rasta, Super Mario, Son Goku... Im głębiej szukam, tym więcej świetnych, naprawdę świetnych przeróbek znajduję.

W jakiej wersji może jeszcze wystąpić logo? Breloki, naklejki, plakaty... sprowadzają się do powyższych rozważań. A pluszaki? Na biurku dam radę postawić sobie pluszowego pingwina... ale jakoś nie widzę oczyma wyobraźni pluszowych okien ;-)

Pierwszy pojedynek wygrywa bezapelacyjnie, prawie do zera: Linuks :-)

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że faktycznie powinienem porównywać logo Windowsa z logo każdej z dystrybucji, ale biorąc pod uwagę fakt, że linuks jednoznacznie kojarzony jest z pingwinem, porównanie jest jak najbardziej na miejscu.

wtorek, 17 listopada 2009
Czy każda zaleta jest istotna?

Całkiem niedawno w Czytelni Ubuntu zamieściłem mój tekst o spojrzeniu na Linuksa z poziomu zwykłego użytkownika. Komputerowym wyjadaczem nie jestem, więc pisząc byłem świadom, że w tekście na pewno pojawi się kilka nieścisłości; nie to jednak było celem tego felietonu: chciałem pokazać, że spojrzenie zwykłego użytkownika znacząco różni się od podejścia zapalonego linuksiarza.

Czytelnicy uświadomili mi jedno: to, że środowisko linuksa jest grupą ludzi wzajemnie wspierających siebie i wolne oprogramowanie, że jest otwartym, chętnym do współpracy środowiskiem, jest tylko mrzonką. Po małym flamewarze, który wybuchł był sobie pod artykułem, wywnioskowałem, że: 1) Środowisko Linuksa jest skażone betonem użytkowników, którzy wbrew wszystkiemu twierdzą i twierdzić będą, że: linuks jest najlepszy, windows jest bezwarunkowo gorszy, a zwykły użytkownik może wybrać linuksa, pod warunkiem, że nie jest technicznym idiotą i poradzi sobie samodzielnie, 2) Niewiele osób zadało sobie trud poszukania celu tego artykułu: na rozmaitych portalach widziałem od groma porównań (Windows jest be, Linuks jest cacy), poradników (Linuks jest przystosowany do używania przez każdego) czy opinii (Linuks jest obecnie tak dopracowany, że błędy nie występują).

Czego wobec się czepiam? Ano tego, że Linuks tak cudowny nie jest, błędy się zdarzają, a na niektórych polach wręcz przegrywa z Windows. Tego nikt ze "środowiska" głośno nie mówi, żyjąc w bajkach o cudownym OSie, utrzymują ludzi w błędnym przekonaniu, że po instalacji Pingwina system będzie śpiewał, a wentylator będzie wydzielał zapach konwalii; okazuje się, że jest inaczej, co skutkuje, że użytkownik zraża się i Linuksa usuwa... a szkoda.

Pożegnanie z Ubuntu - jeszcze nie do końca

Miałem dziś ambitny plan: załadować Mandrivę z live CD i pochwalić się tutaj, że ładowanie wyszło. I że fajnie, albo mniej fajnie. Rzeczywistość znowu uderzyła mnie w plecy... live CD obraziło się na mnie (ten sam problem był z Ubuntu) i nie chce się ładować do końca. Ale uparłem się, w końcu wyjdzie...

--edit--

Poszperałem po forum Mandrivy i wyszperałem rozwiązanie. Dziś sprawdzę, czy działa:

1. Jak zobaczysz ekran z wyborem:
- Boot Mandriva Linux 2010
- Boot from Hard Disk

Wciśnij klawisz F4 (uważaj ten ekran szybko znika).
2. Po wciśnięciu klawisza F4 zobaczysz na dole ekranu przy "Kernel Option" następujące opcje:
- Default
- Save Settings
- No ACPI
- No Local APIC
3. Zaznaczasz opcję: "No ACPI" i wciskasz ENTER.
4. Wybierasz: Boot Mandriva Linux 2010 i wciskasz ENTER.
5. Teraz czekasz cierpliwie na uruchomienie systemu z płyty (to może potrwać dłuższą chwilę).
5. Wcisnij klawisz Esc, żeby monitorować co się dzieje na ekranie.

poniedziałek, 16 listopada 2009
Pożegnanie z Ubuntu - nadchodzi

Weekend miałem zapracowany, więc nie byłem w stanie zrobić tego, na co ostatnio czekam: zainstalować Mandrivę 2010 i sprawdzić, czy da sobie radę lepiej od Ubuntu.

Samo U. dało mi się ostatnio we znaki, stwierdzając, że znowu zabierze mi dostępne w FF polskie znaczki... pewnie wynik któregoś update.

W kwestii Ubuntu: zgodzę się z tymi, którzy twierdzą, że release nowej wersji co pół roku to trochę za często; Canonical (wydawca) zawsze z czymś się nie wyrobi i w rezultacie oddaje zabugowany produkt. Co prawda (gdzieś) jest dostępna lista tych błedów, ale to nie zmienia faktu, że użytkownik odbierając wersję produkcyjną faktycznie staje się betatesterem w kontekście obecnych błędów.

Mam nadzieję, że Mandriva spisze się lepiej. Wczoraj wypaliłem ją na płytę... teraz czeka na odpowiedni dzień...

piątek, 13 listopada 2009
Linuksowy savoir-vivre, czyli jak najlepiej otrzymać pomoc

Felieton ten jest moją pierwszą (udaną) próbą wniesienia czegoś własnego do środowiska linuksowego. Napisałem go zainspirowany słynnym rtfm.killfile.pl, który, szczerze powiedzmy, do najmilszych poradników nie należy. Postanowiłem napisać coś własnego, coś, co trafi do poszukujących porady i jednocześnie nie zniechęci ich do zadawania pytania i używania Linuksa w ogóle.

Okazało się, że spotkało mnie dodatkowe wyróżnienie związane z artykułem: po jego publikacji otrzymałem propozycję umieszczenia linka do artykułu w ramach "tekstu powitalnego" forum portalu linux.pl, gdzie wisi do dnia dzisiejszego.

Zapraszam do lektury :)

czwartek, 12 listopada 2009
Szczypta historii, czyli jak to ze mną i z Pingwinem bywało

Zaczęło się jakoś półtora roku temu. Stary jak świat XP sypał się, spyware instalowało się zewsząd, a ja mogłem tylko patrzeć na postępująca destrukcję. Byłoby nieuczciwe z mojej strony zwalać winę na Windowsa, bo w tym wszystkim było sporo mojej winy: mój komputer ledwo dawał radę z Service Packiem 1, gdy kiedyś zainstalowałem SP2, okazało się, że znacząco zwolnił; któryś program wymagał ode mnie instalacji SP3, zrobiłem również to i byłem szczęśliwy, że starczyło mi mocy przerobowej procesora na usunięcie SP3 i odinstalowanie tamtego programu (miałem wrażenie, że wszystko, co robi i jest w stanie robić procesor, to utrzymywanie systemu przy życiu). Z tegoż powodu instalowanie i trzymanie aktywnego monitora antywirusowego było znaczącym spowolnieniem własnej pracy. Poprzestawałem na sporadycznych skanach online (skaner MKS) i uruchamianiu Spybota.

Z nienacka stwierdziłem "a czemu nie?". Naczytawszy się rozmaitej prolinuksowej literatury, stwierdziłem, że taki Linuks będzie balsamem na moje zmarnowane zasoby systemowe. Co prawda jedna z pierwszych odpowiedzi na moje pytanie ("Jaki system polecacie dla mojego komputera?") brzmiała "Na tak słabym komputerze Linuksa bym nie instalował", ale uparłem się. Dzień w dzień istalowałem Mandrivę, Fedorę i SUSE. Dwie pierwsze odpadły (jakoś pogubiłem się w ich konfiguracji), w końcu udało się jakoś postawić na nogi Susła. Niestety, do jego pozostawienia na komputerze brakło dwóch rzeczy. Pierwsza z nich, to brak czasu na przestawienie całego potrzebnego oprogramowania na Linuksa. Druga: to przekonanie uroczej Domowniczki, że warto zacząć używac Susła - nie chciała, wolała zostać przy XP (w sumie i słusznie, bo to, czego ona potrzebowała, chodziło pod Susłem wolniej, albo było na liście oprogramowania do zainstalowania). Skończyło sie na patowej sytuacji, kiedy Ona używała XP, a ja SUSE, próbując wykombinować czas na doinstalowanie potrzebnych programów. W końcu stwierdziłem, że czasu nie znajdę, nie ma czasu na półśrodki, Suseł dostał bilet w jedną stronę do ZOO.

Pozostała mi pamiątka po tym całym bajerze - uparłem się mieć widoczne partycje ext3 spod XP i zainstalowałem jakiś sterownik do tychże formatów. Skończyło się to tak, że sterownik raz nie działał, raz działał tylko-do-odczytu, raz działał w pełni (ale bałem się zapisywać ;-) ). Gdy go usunąłem, bezpowrotnie usunął mi literę dysku "E:", tak, że dysk ten widniał jako uszkodzony. Tym sposobem zostałem wyposażony w dysk "X", jakąś literkę trzeba było przypisać.

Gdy ostatnio stwierdziliśmy, że czas najwyższy zakupić nowy komputer, postanowiłem, że na dzień dobry instaluję Linuksa. I, że nie ma przebacz, teraz mamy pod nim działać. Pani Domu zgodziła się chętnie, co mnie ogromnie zaskoczyło. I... resztę już opisałem poprzednio: zacząłem od Ubuntu.

W ramach ciekawostki dodam, że jakoś dwa dni po wprowadzeniu nowego sprzętu do domu, postanowiłem przerzucić dane ze starego na nowy komputer. I... okazało się, że stary przestał działać. Tak, dosłownie, z dnia na dzień - umarł we śnie. Zapewne obraził się na to, że sprowadziłem inny komputer do domu ;-) A myślałem, że tak to działa tylko z kobietami.

13:33, hipek01
Link Dodaj komentarz »